Skocz do zawartości


Zdjęcie
- - - - -

Wypociny RODDOSA


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
470 odpowiedzi w tym temacie

#461 RODDOS

RODDOS

    Wtajemniczony

  • Members
  • 1822 postów

Napisano 14 maj 2013 - 20:55

Wczoraj z wieczora wziąłem się za czyszczenie roweru. Dawno tak się nie naharowałem przy tej czynności. Piasek był dosłownie wszędzie. Wyglansowałem jednak każdą powierzchnię, najwięcej uwagi poświęcając napędowi. Wiadomo, przyjemność jazdy kończy się, gdy zaczyna zgrzytać łańcuch. Potem wziąłem się za wymianę tych klocków z tyłu. Czynność banalna przerodziła się w niezłą batalię. Mam klocki mocowane wkręcanymi w nie śrubami imbusowymi. Jeden z nich był tak mocno przykręcony, że nie chciał wcale drgnąć. W dodatku był zrobiony z jakiegoś słabego aluminium. Po paru obrotach kluczem wewnętrzne wielokątne teoretycznie gniazdo zrobiło się okrągłe. No i koniec. Niczym głupiej śruby nie można było złapać. Próbowałem różnymi kluczami, kombinerkami, śrubokrętem. Czarna mogiła. Wreszcie postanowiłem przeciąć śrubę. Zacząłem to robić, ale był fatalny dostęp. Więcej rżnąłem inne elementy niż tę diabelską śrubkę. Może po trzech kwadransach spróbowałem nowym kluczem imbusowym. Wsadziłem go jakoś pod kątem. Gdy zacząłem kręcić i poczułem opór uśmiechnąłem się z lekka. Jeden szybki ruch i śrubkę trzymałem w ręku, a wytarty klocek spadł na podłoże. Efektem mojej walki z klockiem są obtarcia ręki i spory brązowy bąbel podsiąknięty płynem surowiczym – to kombinerki zamiast imbus złapały kawałek skóry. Czynności skończyłem po dwudziestej pierwszej.

Rano czekała mnie jazda do pracy. Wyjeżdżam o 5:45. Dziś było bardzo zimno. W dodatku na mojej trasie znowu był przeciwny wiatr, ale tym razem mocniej odczuwalny. Pierwsze może 10 kilometrów jadę terenem otwartym, no i tu musiałem się nieco namachać. Potem podjazd w lesie był osłonięty od podmuchów. W pracy zameldowałem się jako pierwszy. Zamontowane z takim trudem nowe klocki funkcjonowały niezawodnie. Miałem je okazję wypróbować na krótkim zjeździe do ul. Orkana.

O piętnastej wyruszyłem w swoją trasę. Z błogością przyjmowałem brak opadów. Było jednak zimno i chmurzyło się nieładnie. No ale o opadach nie mogło być mowy. Postanowiłem znowu pojechać do Czech, podobną trasą do niedzielnej, ale jednak z pewnymi wariacjami. Na podjeździe w wałbrzyskiej dzielnicy Gaj poczułem, że coś się dzieje z tylnym kołem. Stanąłem, pomacałem oponę. No tak, powietrze uchodzi… Miałem rzecz jasna zapasową dętkę, ale widząc, że nie mam zupełnego flaka, postanowiłem dopompować koło. No i dobra nasza. Jadąc dalej czułem, że powietrze się w kole utrzymuje… W trakcie jazdy jeszcze dwa razy dopompowywałem.

Szybko zrobiłem swoją czeską trasę i znowu wyskoczyłem w Polsce. W Mieroszowie na fragmencie wyłożonym kostką gdzieś pewnie dobiłem dętką do rawki i powietrze uleciało z prędkością światła. Cóż było robić? Brać się za zmianę dętki. W swoim życiu robiłem to kilkadziesiąt razy. Z reguły idzie mi to szybko i bezproblemowo. Tym razem jednak dopadło mnie jakieś fatum. Opona była tak sztywna, że za skarby świata nie chciała wskoczyć na swoje miejsce. Pozostawał odcinek może 15-centymetrowy, dziwnie wygięty, którego żadną siłą nie można było osadzić w rawce. Namordowałem się może z pół godziny. Wreszcie klnąc i z wydobywając ze swoich rąk jakaś dodatkową moc, wepchnąłem gumę opony na jej miejsce. Gdy brałem się za pompowanie, pojechał do mnie na rowerze starszy pan. Miał lat sześćdziesiąt ze sporym okładem. Powiedział, że dwa razy przejeżdżał koło mnie i widział jak się1) morduję i czy w związku z tym mógłby jakoś pomóc. Grzecznie odparłem, że właściwie już swój problem rozwiązałem. Ale on widząc, że biorę się do pompowania małą ręczną pompką, którą może wsadzę do koła ze cztery atmosfery, zaproponował mi, że z domu przywiezie dużą deptaną pompkę, by nabić koło mocniej. No i faktycznie po jakiejś minutce przywiózł starą pompę. Już nawet chciał zabrać się za pompowanie, ale prawie wyszarpałem mu pompkę z rąk, by samemu pomachać. Ładnie to by wyglądało, gdyby ten starszy dżentelmen pompował mi koło! Historia ta jest dowodem na to, że jest jeszcze w naszym społeczeństwie jakaś bezinteresowna życzliwość, cecha, którą chyba warto cenić ponad inne.

Te wszystkie przygody spowodowały, że w domu byłem po dwudziestej. No ale dzień długi, można kręcić do późna. Na uwagę zasługuje wielka liczba rowerzystów, którą widziałem dziś na trasie. Chyba wszyscy odbijają sobie zimny i deszczowy weekend. Ja natomiast planuję wymianę tylnej opony w swoim kole. Zbadałem ją dość gruntownie. Nie jest jeszcze całkiem wyjechana, ma kilka przetarć i ze dwa małe pęknięcia, ale jak nie chce się łapać gum, trzeba mieć mocne opony. No ale to już jutro.

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Mieroszów-Zdonov-Teplice nad Metuji-Broumov-Hejtmankovice-Mezimesti-Mieroszów-Rybnica Leśna-Głuszyca-Olszyniec-Jez. Bystrzyckie (tama)-Lubachów-Bystrzyca Dolna-Świdnica. Dystans 125,5 km ze średnią 24,6 km/h.
+++
Dołączona grafika

#462 RODDOS

RODDOS

    Wtajemniczony

  • Members
  • 1822 postów

Napisano 16 maj 2013 - 21:07

Zgodnie z założeniem wczoraj wymieniłem oponę z tyłu. Napompowałem koło do dziewięciu atmosfer. Mój kolega z pracy, który też pomyka na kolarzówce, dowala nawet dwanaście. Wydaje mi się jednak, że to już lekka przesada.

Poranna jazda do pracy znów była przy przeciwnym wietrze. Ale było w miarę ciepło i słonecznie. Jechało się zatem całkiem sympatycznie. Kolejny raz spotkałem rowerzystę, który jedzie w przeciwną stronę. Ma przynajmniej z górki, pewnie zmierza do Świdnicy.

Już od przedpołudnia wiał silny wiatr. Drzewa bujały się jak w transie, a mniejsze krzaczki chciało dosłownie wyrwać. Taki to już urok naszego kraju. Wieczne przeciągi. A jak nie wiatr, to deszcz. Z dwojga złego, lepszy ten pierwszy.

Zarówno rano jak i po pracy zmagałem się z wałbrzyskimi ulicami. Wszystko rozkopane. Totalny remont. Nieźle, tylko póki co miasto się korkuje, a samochody plączą się jak opętane. Drogi, które na razie nie są odnawiane, stanowią zlepek łat, dziur i jazda po nich jest swego rodzaju sztuką. Mnie się udała sztuka wyjechania z tego miasta. Po kilkunastu kilometrach jechałem już spokojną drogą, przez lasek, a samochody mijały mnie nieczęsto.

Najbardziej charakterystycznym elementem dzisiejszej wycieczki był ten wiatr. No ale był sprawiedliwy. Raz chciał urwać głowę, raz pchał z furią do przodu. Jakoś tak się złożyło, że generalnie pomagał mi w drugiej części mojej popołudniowej jazdy.

Nie obyło się też bez dziewiczej trasy i miejscowości. Od jakiegoś czasu zbierałem się, by wskoczyć do „ślepej” wioski Kuchary. W pracy przeanalizowałem mapę na Google. Wynikało z niej jakby do Kuchar można było dojechać dwóch stron. W realu jednak jakoś nie mogłem znaleźć tej drugiej drożyny. Była co prawda jakaś polna, ale w nią nie chciałem wjeżdżać. Wjechałem zatem do Kuchar od drogi łagiewnickiej (łączącej Łagiewniki właśnie i powiedzmy Świdnicę). „Dziewiczości” może zaznałem z kilometr.

Pod koniec jazdy, wydłużyłem nieco trasę w stosunku do pierwotnych założeń. Była młoda godzina, a wiatr tak miło pomagał.

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Dziećmorowice-Lubachów-Bojanice-Pieszyce-Dzierżoniów-Byszów-Niemcza-Byszów-Roztocznik-Jaźwina-Kuchary-Jaźwina-Wiry-Marcinowice-Wilków-Pszenno-Jagodnik-Świdnica. Dystans 128,8 km ze średnią 24,2 km/h.
+++
Dołączona grafika

#463 RODDOS

RODDOS

    Wtajemniczony

  • Members
  • 1822 postów

Napisano 18 maj 2013 - 22:34

Dziś udało mi się zrobić trasę przez kilka pasm Sudetów: Góry Wałbrzyskie, Góry Stołowe i Sowie. Szczerze mówiąc jakoś nie chce mi się pisać zbyt wiele.

Trasa miała taki przebieg: Świdnica-Zagórze Śl.-Głuszyca-Rybnica Leśna-Unisław Śl.-Mieroszów-Zdonov-Teplice nad Metuji-Police nad Metuji-Bezdekov nad Metuji-Hronov-Mala Cermna-Kudowa Zdrój-(„Szosa Stu Zakrętów”)-Przełęcz Lisia 790 mnpm-Karłów-Radków-Nowa Ruda-Sokolec-Przełęcz Jugowska 805 mnpm-Pieszyce-Bojanice-Opoczka-Świdnica. Dystans 173,5 km ze średnią 23,1 km/h.
+++
Dołączona grafika

#464 RODDOS

RODDOS

    Wtajemniczony

  • Members
  • 1822 postów

Napisano 21 maj 2013 - 20:40

Poranna jazda do pracy przyniosła mi dodatkowe orzeźwienie w postaci intensywnego, ale krótkotrwałego deszczu. Było jednak przyjemnie, bo ciepło. Deszczyk złapał mnie na podjeździe, a zatem tym bardziej nie był niemile widziany. W pracy zjawiłem się po 1:02 h jazdy. Jakoś nie mogę urwać tych dwóch-trzech minut. Cóż, znowu wiaterek był przeciwny.
Po pracy postanowiłem pojechać w Góry Kaczawskie. Nie są jakieś imponujące i dostojne, ale naprawdę jest gdzie poszusować. Po ujechaniu może z czterech kilometrów, zorientowałem się, że w pracy zostawiłem etui z dokumentami i pieniędzmi. Przez sekundę rozważałem opcję powrotu, ale jak sobie pomyślałem, że znowu mam wbić się w gąszcz samochodów, ochota mi odeszła. Po czterech kilometrach byłem co prawda jeszcze w tym gąszczu, ale już na dobrym kierunku wylotowym z miasta. Brak pieniędzy, to brak możliwości kupienia napojów i jadła. Pomyślałem, że jakoś dam radę. W bidonie było może jeszcze z 1/3 płynu. Upału nie było, ale za to słońce ładnie spoglądało z góry. Wiał też wiaterek. W takich warunkach, pomyślałem, nie muszę dużo pić. A skoro w pracy przed czternastą zjadłem sześć krokietów, to przecież i głodu nie powinienem zaznać…

Wcześniej przeanalizowałem mapę. Postanowiłem zaliczyć dwa „dziewicze” odcinki. Jeden między Sadami Górnymi a Domanowem (przez Nagórnik), drugi między Lipą a Paszowicami (przez Siedmicę). Pierwszy miał długość 8 km, a drugi 14. Z mojej mapy wynikało, że na pierwszym odcinku z jakością drogi może być różnie. Nawet pytałem się kolegów z pracy o stan jezdni, ale nikt tamtędy nie jeździł i nikt nic nie wiedział. Po skręcie w Sadach na właściwą trajektorię okazało się, ż jest piękny nowy asfalt. Droga nie była za szeroka, ale jechało się wybornie. Zaczęły się Góry Kaczawskie i pierwsze podjazdy. Niestety sielanka nie trwała długo. Asfalt gwałtownie się skończył, a ja stałem na rozstaju dróg bez żadnego oznaczenia kierunków. Wybrałem drogę o ciut lepszym stanie. Była gruntowo-kamienista. Po jakimś czasie dojechałem do kolejnego rozjazdu. Tu spytałem o drogę jakiejś miejscowej dziewczynki. Pokazała mi mój kierunek. Jakoś doczłapałem do Nagórnika. To mała wioska na końcu świata. Jak ktoś by chciał uciec od cywilizacji, tu ma szanse na osiągnięcie celu. No ale w Nagórniku znowu pojawił się asfalt. Moja szosówka po przejechaniu ok. 3 kilometrów wertepami zaczęła już protestować. No ale obiecałem jej, że do końca już będzie tylko asfalcik. Udobruchała się i przestała marudzić…

W Domanowie obrałem kierunek na Pastewnik i Płoninę. To dwie wioski w stylu mniej więcej takim samym jak Nagórnik. Mile zaskoczył mnie nowy asfalt na początkowym odcinku tej drogi. W zeszłym roku widziałem tu dziury, w których mogłyby zniknąć ruskie czołgi. Moja szosówka była zachwycona. Droga przez wieś Pastewnik prowadzi ostro do góry. Cztery kilometry podjazdu, w końcówce nawet sztywniaczka.

Kolejny „dziewiczy” odcinek był zgoła odmienny od pierwszego. Asfalt znakomity, piękna interwałowa trasa przez las. Czegóż więcej chcieć? Ja byłem zachwycony. Szkoda że wcześniej tu się nie wybrałem…

Od Jawora trasa była już bez podjazdów. Opuściłem Góry Kaczawskie. Bidon wypróżniłem dość szybko. Doskwierało mi pragnienie. Co jakiś czas patrzyłem na rzeczki i strumienie niosące tyle zimnej wody. Ale jakoś wtedy widziałem też oczami wyobraźni w tych wodach larwy komarów i zanieczyszczenia. W Jaworze wstąpiłem do sklepu i poprosiłem o napełnienie bidonu kranówką. Młody gość za ladą spełnił moją prośbę. Kranówka smakowała wspaniale.

Może dwadzieścia kilometrów przed domem poczułem głód. Zagłuszałem go popijając spore łyki wody. Oszukany żołądek przez chwilę nią się zajmował. I tak w niezłej formie niewiele po dwudziestej dotarłem do Świdnicy.

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Szczawno Zdrój-Stare Bogaczowice-Sady Górne-Nagórnik-Domanów-Pastewnik-Płonina-Kaczorów-Wojcieszów-Stara Kraśnica-Dobków-Lipa-Siedmica-Paszowice-Jawor-Luboradz-Księżyce-Konary-Udanin-Gościsław-Żarów-Świdnica. Dystans 147,7 km ze średnią nieco ponad 24 km/h.
+++
Dołączona grafika

#465 RODDOS

RODDOS

    Wtajemniczony

  • Members
  • 1822 postów

Napisano 23 maj 2013 - 20:43

Chłód poranka był dojmujący. Temperatura wynosiła trzy stopnie. O globalnym ociepleniu chyba nie ma co mówić. Jedyną pociechą był zapowiadany brak deszczu przez cały dzień. Rano co prawda było pochmurnie, ale faktycznie niebo nic nie uroniło. Jechałem swoim tempem i do pracy przybyłem po upływie „żelaznych” 62 minut. Jeśli napiszę, że znowu miałem przeciwny wiatr, oskarżycie mnie o deja vu.

W pracy dzień był dość intensywny. Szybko upłynął czas i znowu mogłem wsiąść na rower. Na szczęście miałem dość ciepły strój, na który składały się termoaktywna podkoszulka z długim rękawem oraz normalna rowerowa bluza. Spodenki były co prawda krótkie, ale to mi raczej przy jeździe w chłodzie nie przeszkadza. Pojechałem najpierw w kierunku Czech, ale głównym celem mojego wypadu była Przełęcz Srebrna w Górach Sowich. Pisałem o niej parę. Właściwie jej nie lubię. Podjazd jest krótki, ale dość sztywny. Ja jechałem od strony Nowej Rudy, czyli miałem łatwiejsze zadanie. Nie można niestety wykorzystać walorów dużego nachylenia po drugiej stronie przełęczy, gdyż asfalt jest dziurawy, a jak się już skończy, to zaczyna się kostka. Zresztą najlepszy odcinek wiedzie przez srebrną Górę, miejscowość, w której jest zawsze mnóstwo turystów ze względu na słynne pruskie fortyfikacje. No ale zanim dotarłem na przełęcz, musiałem przejechać około 70 kilometrów. Z Wałbrzycha wyjechałem inaczej niż zwykle, bowiem przez Boguszów-Gorce, a właściwie część tego miasta zwaną Kuźnicami. Kuźnic jest tak naprawdę trzy: Północne, Południowe i Zachodnie. Do dziś jakoś nie wiem, które są które. No ale najważniejsze, że po kilku kilometrach przejeżdżałem już przez las, a samochodów było wyraźnie mniej. Potem był wjazd do Czech. W tym kraju panuje atmosfera spokoju. Nikomu się nie spieszy, ludzie chodzą powoli i leniwie, a samochody nie przekraczają dozwolonych prędkości. Nie tak jak u nas: wszyscy ciągle na wysokich obrotach. Z tych też powodów przejazd przez Czechy zawsze jakoś mnie uspokaja. Dziś w trakcie jazdy miałem parę spraw do przemyślenia. A atmosfera spowolnienia sprzyja medytacjom. Dobrze że spowolnienie to nie dotyczyło mojej jazdy, bowiem raczej żwawo kręciłem korbą.

Pogoda była zgodna z zapowiedziami. Wychodziło słońce, o opadach można było zapomnieć, ale było zimno jak w marcu. Tęsknię do słońca i upału. Czy w tym roku taka aura nastąpi?

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Boguszów-Gorce-Unisław Śl.-Mieroszów-Mezimesti-Hyncice-Broumov-Otovice-Tłumaczów-Nowa Ruda-Wolibórz-Przełęcz Srebrna-Srebrna Góra-Budzów-Ostroszowice-Bielawa-Pieszyce-Bojanice-Świdnica. Dystans 135,3 km ze średnią 24,3 km/h.

Wszystko ma swój początek i koniec. Także i na „Wypociny RODDOSA” przyszedł kres. A przynajmniej długa przerwa.

Kiedyś martinXX napisał, gdy zadeklarowałem zamknięcie tego tematu, że robię to w afekcie w związku z aferą o „fińskim lotnictwie”. Miał rację, to był afekt. Teraz jednak przemawia przeze mnie premedytacja.
Kiedyś zastanawiałem się, czy jest coś gorszego od zamierzonego plagiatu. W końcu doszedłem do wniosku, że niezamierzony autoplagiat. Wydaje mi się, że strasznie się powtarzam. Nieraz piszę dosłownie te same frazy. Życie nie znosi skostnienia. Ciągle wypatrujemy czegoś nowego. Nowej formy, nowej treści. Chyba uległem pewnemu skostnieniu. Najlepszą metodą na walkę z tym zjawiskiem jest dokonanie rewolucji. Ewolucja jest psu na budę. Bardzo cenię i lubię Monty Pythona. Odpowiada mi ich zwariowany humor. Bardzo mi zaimponowali, gdy w pełni sił twórczych zakończyli swoje programy. Ja oczywiście tego nie pamiętam osobiście, bo było to na początku lat siedemdziesiątych. No ale gdzieś o tym wyczytałem. Tłumaczyli to właśnie w ten sposób: doszli do pewnego kresu. Mieli w głowach jeszcze mnóstwo nowych skeczy, ale jak uznali, były one wtórne. Bardzo nie chcieli w pewnym momencie stać się po prostu nudni. Oczywiście z zachowaniem proporcji dokonań, odczuwam to samo.

Pisanie „wypocin” zacząłem tak naprawdę dla siebie. Porządkowałem w ten sposób swoją głowę. Teraz już nie odczuwam przyjemności w tym klepaniu. To kolejny powód, by póki co zrezygnować.

Oczywiście na Forum zostaję. Nie tak łatwo pozbędziecie się starego RODDOSA. Będę kontynuował wątki wyprawowe. Może czasem coś tam skrobnę, włączę się do dyskusji. Opisy codziennych jazd będę też wstawiał na BS, ale już w skromniejszej postaci.

„Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba”.
+++
Dołączona grafika

#466 aaadam

aaadam

    Dumny Forumowicz

  • Members
  • 105 postów

Napisano 24 maj 2013 - 05:25

Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba.


Wypraszam sobie!

Życzę szybkiego odnalezienia siebie :D
Posted Image

#467 Siva

Siva

    Stały Bywalec

  • Members
  • 851 postów

Napisano 24 maj 2013 - 06:00

„Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba”.


...muzykalna rodzina; matka trąba,ojciec fujara, syn cymbał :)

No spoko Roddosie; ale oczywiście pisz gdy spotka Cię coś ciekawego :)

#468 szir

szir

    Wtajemniczony

  • Members
  • 1362 postów

Napisano 26 maj 2013 - 23:16

Nie tylko pisanie o tym samym, ale pokonywanie tych samych tras też jest psu na budę, ale co zrobić???
mam nadzieję, że to co tu kiedyś skrobnąłeś
http://www.bikeforum...ll=1#post22162
jest nadal aktualne;). Pokonywanie długich tras jest związane z jakąś motywacją, podszytą medytacją, a to z kolei nie może być czas stracony. Muszę przyznać szczerze, że nie czytałem twoich "wypocin", ale ciekawi mnie, czy doznałeś kiedyś jakiś "olśnień" podczas jazdy?;)

MAPKA  Z  OBIEKTAMI  DO KOT  i PIELGRZYMIEJ  https://www.google.c...47624999994&z=6

 

Czasami na drodze spotykam prawdziwych bikerów szaleńców, pędzą na złamanie karku i wbrew rozsądkowi... naprawdę... aż ciężko ich czasem wyprzedzić...


#469 RODDOS

RODDOS

    Wtajemniczony

  • Members
  • 1822 postów

Napisano 27 maj 2013 - 11:27

Źle mnie zrozumiałeś, szir. Nie jazda mnie nudzi, nigdzie tak nie napisałem. Wciąż czerpię radość z pokonywania tych samych tras. Nudzi mnie pisanie o tym.
+++
Dołączona grafika

#470 szir

szir

    Wtajemniczony

  • Members
  • 1362 postów

Napisano 27 maj 2013 - 11:47

Ty mnie chyba też mnie nie zrozumiałeś;) Zwróciłem tylko uwagę na "powtarzalność", pod każdą postacią.

MAPKA  Z  OBIEKTAMI  DO KOT  i PIELGRZYMIEJ  https://www.google.c...47624999994&z=6

 

Czasami na drodze spotykam prawdziwych bikerów szaleńców, pędzą na złamanie karku i wbrew rozsądkowi... naprawdę... aż ciężko ich czasem wyprzedzić...


#471 miko00

miko00

    Jestem tutaj Nowy

  • Members
  • 23 postów

Napisano 19 styczeń 2015 - 00:31

Mam 14 lat i mieszkam na terenie Stobrawskiego Parku Krajobrazowego. Także byłem w wiosce o nazwie Paryż. I w Pokoju. Ciekawe nazwy miejscowości w Stobrawskim PK to także Kały oraz Kup (na granicy Stobrawskiego PK). Obie nazwy miejscowości kojarzą się raczej jednoznacznie. Dodam też że we wsi Jełowa jest ul. Kupska. Nazwa uzicy wzięła się właśnie od wsi Kup.




Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych